Wielka mi rzecz…. A jednak wielka.

Wielka mi rzecz…. A jednak wielka.

Biegłam do auta stojącego po drugiej stronie ulicy. Właśnie opuściłam mury mojej pracy. Piątek, piąteczek… z uśmiechem na ustach układałam w głowie plany weekendowe. Posępnie spojrzałam na biały puch otulający drzewa i na zlodowaciałe chodniki zniechęcające do spacerów. Już nie mogę doczekać się plusowych temperatur, zapachu grillowanych potraw i odgłosów dzieci biegających za oknem.  Przypomniała mi się zeszła słoneczna, ciepła niedziela, gdy na zielonogórskim deptaku pojawił się tłum snujących się ludzi. Uśmiechnęłam się na myśl o tym, że niektórzy sądzili, że to kwestia wolnej od handlu niedzieli….. co za absurd…. w tą niedzielę na deptaku nie było niemalże nikogo, a przecież również była wolna od handlu. Zielone światło. Ileż to myśli potrafi przelecieć człowiekowi w głowie podczas dwuminutowej drogi do auta.  Z nieba ponownie poleciał puch, a jeden otarł się o mój nos. – Cholera. Nic z tego. Znowu to gówno pada – pomyślałam. Weekend zapowiada się mroźny. Ale przecież pogoda nie może wpływać na nasze samopoczucie.  Spojrzałam na zegarek. Od poniedziałku do piątku mój czas jest ścisłe wypełniony różnymi zajęciami, co implikuje to, że wciąż gdzieś gnam i ciągle się gdzieś śpieszę. 

– Proszę Pani – usłyszałam za plecami, gdy otwierałam pospiesznie drzwi do auta. Odwróciłam głowę i moim oczom ukazała się staruszka, której ręka spoczęła na moim ramieniu.

– Jedzie pani w stronę deptaka…. w stronę kościoła Zbawiciela? – zapytała.

– Nie, wręcz w przeciwną – wskazałam drogę.

– O szkoda. A może jednak podrzuciłaby mnie Pani do kościoła, bo miałam tam być na 15.00 ale chyba dojdę za godzinę w tą pogodę?

To jest ten moment, w którym w głowie przelatuje masa różnych sprzecznych ze sobą myśli.

– Dobrze, podwiozę Panią – odparłam.

– Cudownie kochanie – wykrzyknęła – Hela chodź! Pani nas podwiezie – wykrzyczała do starszej kobiety, oddalonej od nas o około 5 metrów.

– Wieziemy ciasto do kościoła – wyjaśniła pośpiesznie, gdy Hela zbliżyła się z wielkim pakunkiem w rękach. 40 minut potem, po staniu w korkach dotarłam do domu moich rodziców, aby odebrać dzieci. I wiecie co? Pomimo wtargnięcia tego małego incydentu w mój poukładany świat i konieczności zmiany planów – byłam zadowolona. Bo kolokwialnie mówiąc: zrobiłam dobry uczynek. I tak sobie pomyślałam, jak mało mamy okazji do robienia dobrych uczynków. Bo w zgiełku codziennych obowiązków, bieganiny, realizacji planów zapominamy, że możemy uczynić coś dobrego, coś pomocnego, kosztem naszego czasu. Tkamy czas jak pająk tka sieć, ale czasem zrobi się dziurka i trzeba utkać sieć na nowo, a te nowe może być jeszcze lepsze. Dobrze, że trafił się taki dzień, który „urodził” refleksję na temat własnego stosunku do dobrych uczynków. Dlatego postanowiłam podzielić się z Wami tą refleksją. Ten uczynek nie tylko pomógł staruszkom, ale pomógł też mi zrozumieć, że zawsze jest dobry czas, aby zrobić dobry uczynek. Czasem wystarczy się rozejrzeć, aby dostrzec osoby wokół nas, które potrzebują pomocy. Nie każdy przecież o pomoc zapyta. Staruszka w drodze do kościoła powiedziała:

– Ja to mam ostatnio szczęście. Wczoraj wyszłam od lekarza i zatrzymał się koło mnie samochód, a z niego wystawił głowę mężczyzna i powiedział: podwiozę Panią do domu. Ja na to, że skąd pan wie, gdzie ja mieszkam. A on…oj…każdy Panią zna ze Zbawiciela, bo Pani w tyle rzeczy się angażuje. I podwiózł mnie do domu. A dzisiaj Pani nam pomaga…

– Musi być Pani dobrym człowiekiem, skoro dobro tak do Pani wraca – odparłam.

Rozejrzyjcie się wokół.

Zróbcie dobry uczynek.

W każdym mieszka dobro i zło, trzeba tylko aktywować to właściwe.

Pozdrawiam i do działa.

Bo warto.

Aneta

Share and Enjoy !

0Shares
0 0 0

Reader Comments

Write a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Social Share Buttons and Icons powered by Ultimatelysocial